|
Menu
|
Jak to się stało?Wstałam wcześnie rano, ponieważ to była sobota i od razu zadzwoniłam do mamy. Poszłam z nią na zieleniak na zakupy, pojechałyśmy do supermarketu Tesco i do niej na śniadanko. Potem wróciłam do domu posprzątać. Zrobiłam pranie, powycierałam kurze, itd. Zrobiłam obiad i zaczęłam się szykować, bo wieczorkiem miałam iść do znajomych. Około 24 w nocy zaczęło strasznie wiać i pobiegłam do domu, żeby zebrać pranie. Szybko wpadłam na balkon, stanęłam na krzesełku i... Nie pamiętam jak to było, że się przechyliłam i wypadłam. Trwało to ze dwie sekundy. Nie straciłam przytomności kiedy leżałam na trawie, tylko nie mogłam się ruszyć , bo już wtedy nie czułam nóg. Nikt mnie nie widział, bo było już późno. W prawej kieszeni miałam telefon ( dziś myślę, że całe szczęście, że go miałam oraz puchowy bezrękawnik, który zamortyzował trochę upadek). Pierwszą osobą, o jakiej pomyślałam była mama. Mieszka parę bloków dalej. To musiał być najgorszy telefon, jaki można tylko sobie wyobrazić: „Mamo możesz przyjść, bo wypadłam przez balkon i nie mogę się ruszyć, leżę w ogródku". Mama szybko przybiegła, a ja już powoli zaczynałam tracić przytomność, poprosiłam ją żeby mnie przechyliła na bok, bo plułam krwią i nie mogłam oddychać. Pamiętam jak pukała w okno do sąsiadów i prosiła żeby zadzwonić po pogotowie, ktoś dał mi koc. Ja już nic więcej nie pamiętam, ale mama powiedziała, że jak przyjechała karetka to wrzucili mnie na nosze, nie założyli mi nawet gorsetu na szyję. Zawieźli mnie na pogotowie na Westerplatte i tam ratowali mi życie… I tu zaczyna się historia mojej walki…. |
Reklama
|